sobota, 7 maja 2011

Wywiad dla portalu PUSZKA - puszka.waw.pl

ROZMOWA Z AQUALOOPĄ
Rozmawia: Marta Rauk

Podczas drugiej edycji Aerosol Nights w Powiększeniu udało nam się namówić na wywiad Aqualoopę, czyli Igora Chołdę. Aqualoopa jest artystą wszechstronnym, na swojej stronie internetowej opisuje się jako filozof, artysta, ilustrator, artysta street artowy, muzyk, dyrektor kreatywny, VJ, motion graphic designer. My podczas rozmowy skupiliśmy się na jego działalności street artowej.



Na swojej stronie wyliczyłeś liczne zajęcia, którym poświęcasz czas. Jesteś bardziej muzykiem czy artystą street artowym? Może jednak zadam to pytanie: czym się zajmujesz?

Na co dzień zajmuję się animacją, jestem motion graphic designerem. Pracuje w studiu postprodukcyjnym, czasem coś wymyślam: scenariusz, oprawę, postacie. Muzykiem jestem 13 lat. Kiedyś był to mój zawód, potem zacząłem pracować w telewizji i muzyka przeszła w obszar hobby. Od pewnego czasu jestem kojarzony ze światem street artu. Właściwie o mojej przynależności do świata street artu dowiedziałem się kiedy pomalowałem swoja pierwszą czy drugą ścianę. Wcześniej mój styl kojarzono głównie z grafiką i ilustracją (często wykorzystywaną w plakatach moich zespołów) oraz animacjami, które robiłem. Po rozszerzeniu swojej działalności artystycznej na ściany, przypisano mnie do świata street artu. Ludzie zaczęli dzwonić, pojawiło się zainteresowanie moją kreską, a ścian do malowania zaczęło przybywać. Moja twórczość wymyka się jednoznacznej klasyfikacji - street artu, live paintingu, ilustracji, designu czy grafiki.

Czy mimo coraz większego zainteresowania Twoimi pracami dalej sprawia Ci to taką samą przyjemność jak na początku?

Jak najbardziej. Moje pasje i doświadczenia przenikają się i ewoluują w postaci nowych koncepcji i pomysłów. Lubię łączyć media i techniki, tradycyjne sztuki z nowymi technologiami. Trochę za mało jednego życia na zajęcie się tym wszystkim. Najczęściej kończę jeden projekt będąc jedna nogą w następnym.

Gdy oglądałam Twoją stronę okazało się, że większość prac jest w przestrzeni zamkniętej. Czy tworzysz też na zewnątrz?

Na chwile obecną jedyną rzeczą, którą pomalowałem na zewnątrz jest suche drzewo. Więcej prac przybędzie w tym roku, są po prostu planowane akcje, gdzie będę malował. Nie ukrywam, że maluję tylko legalne rzeczy. Może jestem już za stary żeby gdzieś biegać ze sprayem, wolę pracować w spokoju. Street art jest w Polsce jeszcze cały czas kojarzony z lokalizacją, street - ulica. Na zachodzie jest to bardzo szerokie pojęcie. Do tego nurtu należą ilustratorzy czy w ogóle osoby, które wyłamują się ścisłemu i doniosłemu określeniu „Art”. Są to designerzy, ilustratorzy, projektanci zabawek etc. Przykładem może być Secret Wars - pojedynek street artowy, w którym brały udział osoby niezwiązane stricte z malowaniem po ulicy.

Tworzysz też za granicą, teraz wybierasz się do Casablanki. Czy dostrzegasz różnice między naszym polskim street artem, a tym „zagranicznym”?

Nasz street art jest smutny.

Smutny?

Tak, jest przesiąknięty egzystencjalną troską, przyprószony jakimś smutkiem. Brakuje mi w nim lekkości i pogody ducha. Pomijam kolorystykę, która często jest monochromatyczna i ciemna, bardziej chodzi o przesłanie tych prac. To nie jest wada, to po prostu specyfika. Są oczywiście też wyjątki. Ja nie do końca czuję tą estetykę. Moje prace bliższe są kolorowym ekspresjom na murach Barcelony.

Kolorowym ekspresjom? Czy zawsze w Twoich pracach pojawia się kolor? Jakie są Twoje prace?

Mam też prace monochromatyczne i czarno białe. Natomiast wydaje mi się, że moje grafiki są wesołe, lekkie. Daleki jestem od spuścizny Pana Beksińskiego, może dlatego, że bardziej pociąga mnie ilustratorstwo niż malarstwo. Maluje w miejscach gdzie ludzie: pracują, jedzą, wypoczywają. Staram się dopełnić moją kreską te miejsca, bez zbytniego narzucania się.

W jaki sposób powstają Twoje prace? Planujesz je wcześniej?

Różnie. Przeważnie nie mam żadnego planu. Ludzie, którzy mnie znają wiedzą, że nigdy nie mam projektu, że zawsze tworzę spontanicznie. W codziennej pracy musze się konfrontować ze scenariuszami, z briefami, z rzeczami, które są z góry określone, które muszą mieć jakąś formę, przejść proces akceptacji klienta i tak dalej. Dlatego w mojej twórczości artystycznej uciekam od szkiców, wstępnych projektów etc. Często jest tak, że tworząc, malując czy rysując nie robię tego sam. To znaczy ktoś jest obecny w pomieszczeniu, ktoś ze mną rozmawia, niekiedy są to nawet kilkutysięczne tłumy.

Widziałam, że często ktoś pomaga Ci w malowaniu.

Tak, zazwyczaj jest to moja dziewczyna, albo ktoś, kto się tam znajdzie i jest w miarę trzeźwy, żeby trzymać pędzel [śmiech- przyp.red.]. Tak naprawdę najlepiej idzie dziewczynom. Kobiety są dużo dokładniejsze, podchodzą do tego z większym pietyzmem. Moje linie i kształty wymagają sporo skupienia, dokładności i troski.

A mówisz osobom, które Ci pomagają: „nie, tutaj nie koloruj, zamaluj tutaj”?

Tak, tak. Kreślę takie krzyżyki z określonym kolorem. Zdejmuję z nich ciężar wyboru.

W najbliższym czasie ruszasz do Casablanki, opowiesz coś więcej? Czy to jest wyjazd street artowy czy służbowy?

Powiedzmy: wakacyjno - street artowy. Maluję tam jeden obiekt, być może dwa. Dostałem zaproszenie, ale jeszcze nie wiem dokładnie, co z tego wyjdzie. To jest na zasadzie: przyjdź, zobacz, jak chcesz to pomaluj. Ale z tym wiążą się też pewne problemy, związane głównie z dostępnością materiałów. Na wszelki wypadek część swojego sprzętu biorę ze sobą. Ale mam nadzieję, że też tam odpocznę.

Swojego sprzętu czyli? Czym pracujesz?

To się cały czas zmienia. Na początku tworzyłem markerami, teraz używam bardzo dużo tuszy, akryli i oczywiście pędzli. Nadal lubię markery, jednak coraz bardziej wchodzę w pędzle.

Zajmujesz się też live paintingiem. Możesz o tym powiedzieć coś więcej? Od kiedy tym się zajmujesz, o co w tym chodzi?

Zajmuję się tym od zeszłego roku. Polega to na tym, że maluję podczas jakiegoś wydarzenia, najczęściej na imprezie, często podczas koncertu . Właściwie zajmuję się dwoma rodzajami live paintingu. Jeden gdzie jest impreza, gra dj, ludzie chodzą dookoła, zadają pytania lub nie, a ja maluję i się nie śpieszę. Drugi to w zasadzie, speedpainting – czyli malowanie na czas. Na przykład - podczas koncertu mam dokładnie godzinę, godzinę z hakiem na namalowanie, zajęcie jakiejś powierzchni. Najczęściej jest to powierzchnia płyty 2 x 4 metry i jest spięcie czasowe. Trzeba się wyrobić. To są trochę różne sytuacje.



Co wolisz? Takie luźne sytuacje czy jednak tempo?

Początkowo zajmowałem się rzeczami na szybko i cały czas się w tym sprawdzam i lubię to. Inaczej pracuje wtedy mózg , tworzę w sposób odwrotny – najpierw maluje, a potem myślę. Raczej nie ma miejsca na pomyłki. Jest sporo ograniczeń – np. nie można odejść i zobaczyć pracy z odległości. Często nie ma już powrotu do miejsca gdzie się zaczęło – bo ktoś zabrał drabinę albo stoi tam tłum ludzi. W pracach, gdzie mam dużo czasu okazuje się, że tego czasu potrzebuję coraz więcej. Praktycznie wychodzi tam coraz więcej kolorów, coraz więcej szczegółów i pomysłów. Lubię eksperymentować, bawić się i eksplorować. To rodzaj transu gdzie jeden obraz przywołuje następny. To trochę jak pisanie opowiadania albo bajki. Często przy opisie moich prac posługuję się nomenklaturą zarezerwowaną dla twórczości narracyjnej. Mam pomysł na powieść ale nie mam pojęcia jak się ona skończy 

Brałeś udział w pierwszej organizowanej w Polsce aukcji street artu. Czy myślisz, że ta aukcja, to jakiś dowód na to, że polski street art zaczyna być traktowany jak ten za granicą?

Z pewnością popularność tematowi nadał Banksy i jego film. Fajnie, że takie rzeczy się dzieją i że to nie była aukcja samozwańcza, ale profesjonalnie i dobrze przygotowana aukcja i wystawa. Pierwsza Polska Aukcja Street Artu pokazała różnorodność styli artystycznych – była po prostu ciekawym wydarzeniem.

Jakbyś nazwał to, co robisz? Czy to jest graffiti, murale, czy …?

Graffiti to raczej nie. Niewiele chyba mam wspólnego z graffiti. Bardziej skupiam się wokół charakterów i projektów postaci. Kolega z Artybishops – zespołu, w którym gram - scharakteryzował mój styl, jako mieszaninę Cartoon Network i Witkacego. I jest to poniekąd trafne. Opisując moją twórczość, często posługuję się określeniem „infekcja”. Infekuje kolejne powierzchnie, ściany, przedmioty moją kreską. Nie myślałem o tym, jako o programie artystycznym, ale termin bardzo szybko się przyjął i zaczęto używać określeń „medycznych” przy opisie moich działań.

Oczywiście pewnie wszyscy Cię o to pytają. Skąd Aqualoopa?

Jest parę źródeł tej nazwy. Kiedy byłem mały, zobaczyłem w kwiaciarni małą fontannę tryskającą wodą. Było to urządzenie, gdzie woda krążyła w obiegu zamkniętym. Dla dziecka było to niesamowite odkrycie. Pojawiło się pytanie jak może istnieć źródło, które samo siebie zasila, perpetuum mobile, a nawet deus ex machina! Ojciec szybko mi wytłumaczył, że jest tam jakaś pompka, natomiast gdzieś pozostało to pierwsze wrażenie. Było to dla mnie doświadczenie prawie magiczne. Po latach miałem skład muzyczny, który się przeorganizowywał i z tej okazji były wymyślane różne nazwy , jedną z nich była właśnie Aqualoopa. Skład się nie utrzymał. Z tego co pamiętam zagraliśmy jeden koncert. Ale źródło Aqualoopy było przede wszystkim w tej fontannie. To jak materia ożywiona u Arystotelesa.

Jakie były Twoje początki malowania?

Zaczęło się już w liceum. Malowałem na marginesach, po zeszytach, w których coraz mniej było miejsca na notatki. Moje rysunki podobały się nauczycielom, tylko nie tym od plastyki. Potem, kiedy już zacząłem grać, pojawiła się potrzeba tworzenia plakatów i tworzyłem je w tym swoim dziwnym stylu, który ewoluował, ale zawsze był mocno dziabnięty Picassem. No i tak to trwa do tej pory, cały czas się rozwijam, mam nowe pomysły na siebie.

Poszedłeś w tym kierunku. Powiedzmy na ASP, uczyłeś się tego?

Nie, absolutnie! Nigdy w życiu! Jestem osobą dość przekorną. W podstawówce wszyscy mamy lekcje muzyki. Ja na lekcji muzyki umiałem po ośmiu latach, zagrać na flecie dźwięk „sol” (to są tylko 3 dziurki u góry i jedna na dole). „Lulaj, że Jezuniu” przekraczało moje możliwości, dlatego zostałem parę lat później muzykiem zawodowym  Z plastyki nie było mi wiele łatwiej. Do tej pory mam przed oczami obrazek z liceum. Namalowałem krowę, łąkę i tęczę. Nauczycielka chciała mi postawić trójkę – za sam fakt, że nie przyniosłem pustej kartki. Klasa, rozbawiona widokiem uśmiechniętej i szczęśliwej krowy na mojej kartce - mocno obstawała przy piątce. Na plastyce lepiej wychodziło mi opisywanie, czy teoretyczne „rozkminianie” dzieł niż praktyczne malowanie. Co do ASP to nie bardzo czułem pociąg w tym kierunku. Nie chciałem rysować jabłek, modeli. Chciałem rysować swoje rzeczy. Nie podejrzewałem, że to się tak rozwinie, że moje prace będą się podobać i że zaistnieje na rynku sztuki. A co do wykształcenie to skończyłem – filozofię na UW i łódzką filmówkę.

I to wiązało się z motion graphic designem?

Nie do końca. Filmówkę skończyłem na produkcji. Do designu była długa droga. Najpierw pracowałem w telewizji. Byłem redaktorem, potem wylądowałem w dziale Internetu, potem zostałem grafikiem. Na filmówce spotkałem mojego kumpla Arka. Zaczynałem się interesować animacją i compositingiem. Arek wciągnął mnie w magiczny świat postprodukcji obrazu. Potem pracowałem przy filmach, teledyskach, reklamach i siedzę w tym dalej.

Strasznie dużo tych zainteresowań, to mnie fascynuje. Jak Ty to łączysz?

Sam nie wiem jak to ogarniam. Są to moje pasje. Kiedy kończę pracę, idę na próbę albo gram koncert albo maluje ścianę, obraz. Często moje aktywności przeplatają się. Odkryłem, że w mojej twórczości pojawia się dużo tych samych miejsc, tylko ja jestem jak gdyby w różnych aktorskich odsłonach. Głównie są to przestrzenie miasta – kluby, galerie, knajpy. Jako muzyk grałem w tych miejscach, potem wyświetlałem w nich swoje animacje jako vj, a teraz maluję w tych miejscach ściany lub występuje jako live painter. Co ciekawe - kompletnie nie jestem klubową osobą. Jeśli mogę spędzić wolny czas to na pewno nie w klubie.

Link do wywiadu na portalu www.puszka.waw.pl
http://puszka.waw.pl/rozmowa_z_aqualoopa-tekst-pl-58.html?f=teksty

www.aqualoopa.com

Brak komentarzy: